Konkurs Fotograficzny
Podsumowanie Bydgoskiego Lata Artystycznego w wykonaniu Andrzeja Derferta, niezależnego dziennikarza radia ??????? (Tbilisi)!

We wsi Bydgoszcz o toi toi'e zadbano tylko raz - podczas nocy sylwestrowej, jednego jedynego dnia w roku, natomiast podczas dwumiesięcznej imprezy sołtys Dombrowicz o to nie zadbał.

Sorry że zaczynam od smrodu, ale dalsza opwieść niewiele dodaje zapachu do treści (proszę źle nie kojarzyć!) miasta!

Bydgoskie Lato Artystyczne to bardzo fajny pomysł, przyznaję ochoczo i przede wszystkim darmowe codzienne imprezy dla mieszkańców miasta! Pod tym względem brawo organizatorzy! Obojętnie kto grał ale coś się działo.

Moi drodzy, ostatni koncert, akurat zespołu BIG DAY, 23.08 dowiódł, że nasze miasto to wioska! Nie dość, że nie był odpowiednio zareklamowany, jako ostatni i dość znany zespół, to jeszcze zgotowano mu bardzo kiepską oprawę i tańczących pijaczków przed sceną! Widać, że jeszcze nasi animatorzy kultury dopiero szczają w pieluchy! I znów wracamy do smrodu! A nie chodzi tu przecież o wyszukane wernisaże a o prosty, głośny, dosadny i mniemam, że pożądany koncert rockowy! Czyż nie?! Oto foty z upadku miasta na rzecz wsi! Popatrzcie tylko na trzy ostatnie foty - ludzie brną ku ogniom (chciałoby się rzec idolom i bożkom) a uciekają od sztuki, co Pan na to Panie sołtysie? To było bardzo krępujące dla zespołu, chociaż jak zapłacił im Pan kasę to krępacja pozostała i tak u nas, w naszym sołectwie! Tak?!




Objawieniem Bydgoskiego Lata Artystycznego był niewątpliwie zespół LAO CHE. O tak, ta gwiazda z pominięciem sołtysa Dombrowicza przyciągnęła tłumy niczy magnes. Tyle wiary nie widziałem na rynku nigdy i takiej owacji. A ile było młodzieży w swym charakterystycznym dla nich obłąkańczym diabelskim tańcu przed sceną i wynoszeniem pobratymców do gwiazd a potem spuszczając ich w otchłań piekielną bydgoskiego bruku. Działo się wszystko tak jak nie przymierzając np. w NYC, tylko w mini wymiarze! Wierzcie mi, był to niezapomniany koncert, Sołtysie tu byłeś Wielki!!! a chłopaki z zespołu nie byli dłużni, bo po trzecim bisie, zagrali jeszcze trzy kawałki!!! Tym bardziej, że grali głównie kawałki ze swojej płyty "Powstanie Warszawskie" a był to ten czas, a i chłopcy nie odpuszczali kurwom i szmatom nazistowskim, tak, że było naprawdę mocno narodowo i triumfalnie!!! BYŁ TO WIELKI KONCERT i kropa.





Po LAO CHE największym wydarzeniem, w mojej skromnej ocenie, choć nie tak okupowanym, był występ legendy bluesa - Terry Man'a. Amerykański muzyk dał popis nie tylko zdolności wokalnych, ale i poczucia humoru. Terry Man to pochodzący z Nowego Jorku ciemnoskóry bluesman i gitarzysta. Muzyk szczyci się współpracą z takimi gwiazdami jak John Lennon, Jimi Hendrix czy Keith Richards – z czasów, gdy ci dopiero stawali się popularni. Wielkim atutem artysty jest jego znaczne poczucie humoru, którym szybko zyskuje sobie przychylność. Nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że taki muzyk jak on, potrafił zejść ze sceny beśpośrednio do publiki (miał gitarę bez kabelka) i robił niesamowity szoł. A już szczytem jego luzu i tego co wszystkich urzekło było zaproszenie na scenę bezdomnego żula, mówiąc mu "...my brother..." zagrali razem pieśń! PIĘKNA FOTA ZAŁĄCZONA !!! Spójrzcie na wymowne spojrzenia obu! Czy to nie jest fotograficzny Oscar?! Trza było być aby to odczuć na własnej skórze bracia i siostry!!!




W trakcie BLA były przeróżne imprezy, min. zagrały rodzime zespoły "Sąsiedzi Gustawa" i "The Ślub" oraz wiele innych wykonawców i ciekawe trupy teatralne. Działo się sołtysie, oj działo, dzięki Ci za to, ale rynek zaszczany, gdzie Pan mieszka?! Już myśleliśmy, że złapaliśmy p. Boga za nogę, a tu w centrum Polski, ba w centrum europy - Koncertowa Bydgoszcz, śmiesznie to trochę brzmi, bo to był jeden jedyny koncert w mieście w tym dniu. Nie wspomnę ile takich odbywa się np. w W-wie albo dajmy na to w (przepraszam) Berlinie. Np. „The Ślub” „…pragnę Cię bo jesteś z mięsa…” albo „…to niewarte Twoich białych majtek…” zaspiewał w Węgliszku a nie na scenie bo padało. To fragmenty z ich tekstów, a muzyka … trudno mi ocenić, trochę jazz’u, pop’u, reggae i rock’a, chyba taka jest. Jak zaczęli, myślę sobie, o co tu chodzi – każdy gra swoje, potem dopiero się osłuchałem i było ok. Wystarczy spojrzeć na instrumentarium i skład – 7 muzyków! i trąbka, perkusjonalia, akordeon, klawisze, bas, bębny, g. elektryczna + wokal. Solówki wyśmienite. Takie właśnie były te miejskie grania. W przyszłości żądamy KIBLI i większej, albo w ogóle promocji!!! bo nieraz to była żenada, a publiczność stanowiła geriatria i miejscowe pijaczki!




Strona główna